-
Jeśli szukasz znaku, oto on
Spacerując niedawno po ulicach Brukseli, wypatrzyłam na jednej z witryn sklepowych plakat z takim hasłem: „If you’re looking for a sign, this is it” („Jeśli szukasz znaku, oto on”). Pomyślałam sobie, że hasło to jest genialne w swej prostocie. Każdy przecież szuka jakiegoś znaku, a jeśli nawet nie szukał, to może właśnie w tym momencie uświadomi sobie, że jednak szukać powinien. Pewnie dla kogoś to może być impuls, żeby wejść do tego sklepu z ubraniami i zakupić tam niebotycznie drogą sukienkę. Dla wielu innych może być to prawdziwy znak od Opatrzności w sprawie, w której czekali na jakąś odpowiedź. Czy tak może działać Pan Bóg? Przez sklepową witrynę?
Znaki towarzyszą nam w życiu na dwa sposoby. Możemy ich aktywnie szukać, po to żeby potwierdziły nasze rozeznanie, dały nam więcej pewności w podjętych decyzjach, albo wręcz zwolniły nas nieco z odpowiedzialności za dokonane wybory. To jest rodzaj znaków, które Jezus wydaje się ganić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia” (Łk 12,29-30). Syn Człowieczy wyjdzie z grobu po trzech dniach, jak Jonasz wyszedł z wnętrza ryby. Jeśli to ich nie przekona, to żadne inne znaki nie mają sensu.
Jest jednak inny rodzaj znaków, których możemy w życiu doświadczyć. To nie my ich szukamy, ale one znajdują nas. To momenty zupłenie nieoczekiwane, w których nadprzyrodzoność wydaje się z całą mocą przebijać przez monotonną rzeczywistość. To seria zbiegów okoliczności, które wydają się całkowicie niemożliwe; to niebo, które przy zachodzie słońca przybiera zupełnie nienaturalne barwy i przypomina nam ważny moment z naszego życia; to bardzo ważny dla nas cytat znaleziony w najmniej oczekiwanym miejscu; to absolutnie niszowa ulubiona piosenka, lecąca nagle z losowego radia w galerii handlowej. To wszystkie te chwile, kiedy zatrzymujesz się nagle i mówisz sam do siebie „serio?”. W przypadku takich znaków, Bóg wręcz się niepokoi jeśli ich nie dostrzegamy: „Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie?” (Łk 12,56). Jemu bardzo zależy, żebyśmy odczytywali Jego drobne gesty miłości w naszej codzienności.
Ostatnio odświeżam sobie po kilkunastu latach pozycję książkową pt. „The beautiful outlaw” Johna Eldredge’a (która chyba nadal nie doczekała się polskiego tłumaczenia). Wciąż jest niesamowicie odświeżająca, pokazująca Jezusa z Jego poczuciem humoru, zaciętością, charakterem. Lektura ta uświadomiła mi, że to w jaki sposób patrzymy na znaki ma duży związek z naszym obrazem Boga. Kiedy ich poszukujemy, wydaje się, że jesteśmy w relacji z kimś, kto jest daleki i osądzający. Łatwo można zrobić coś nie po jego myśli i go rozczarować. Szukamy więc potwierdzenia, że idziemy właściwą drogą, że się nie zgubiliśmy, że nadal jesteśmy w porządku. Tymczasem rozpoznawanie znaków, które same pojawiają się w naszym życiu, zdradza relację z kimś bardzo bliskim. Ktoś, kto robi nam ciągle niesamowite niespodzianki przypomina najlepszego przyjaciela, który doskonale wie co sprawi, że na naszej twarzy pojawi się uśmiech, a nawet wywoła śmiech i okrzyk radości. Jednocześnie też wie jak nas ostrzec przed niebezpieczeństwem, powstrzymać przed głupim przesięwzięciem i przypomnieć, że nie jesteśmy samowystarczalni.
Nie jest łatwe znalezienie odpowiedniego balansu między odczytywaniem znaków jako sposobu komunikacji Boga z nami a nadinterpretacją sytuacji, które nam się przydarzają i podejmowaniem na ich podstawie decyzji. Z jednej strony Jezus zachęca do odkrywania Jego subtelnych podpowiedzi w naszych życiowych poszukiwaniach, ale nie możemy traktować ich w sposób magiczny. Nic nie zwalnia nas z uczciwego procesu rozeznawania, który weźmie pod uwagę nasze słabości i wynikające z nich pokusy, realia rzeczywistości, w której żyjemy czy naszą historię życia. Gdy więc zobaczymy nasz znak na witrynie sklepowej, na pewno warto go zauważyć i się usmiechnąć, ale może nie zawsze ruszać za nim bez zastanowania.
-
Pluribus a teologia relacji
Ostatnio miałam okazję obejrzeć jeden z najbardziej popularnych w ostatnim czasie seriali na świecie, czyli „Pluribus„. Sam tyluł jest już intrygujący (i jak zwykle fatalnie przetłumaczony na polski jako „Jedyna”…). Pluribus po łacinie oznacza „z wielu” i np. użyty jest w motto na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych: „E pluribus unum”, czyli „Z wielu, jeden”. Wskazuje zatem na pewną różnorodność, która połączona w jedno daje coś większego, potężniejszego i piękniejszego niż tylko zbiór jednostek. Serialowy pluribus jest oparty na futurystycznym pomyśle, że cała ludzkość mogłaby połączyć się w jedno (za pomocą fal radiowych z kosmosu) i stworzyć doskonałą całość, która posiada wiedzę i umiejętności całego wszechświata, pozbawiona jest wszelkiej przemocy, nigdy nie kłamie i komunikuje się za pomocą samej świadomości. Może się wydawać, że to rodzaj jedności, do której dążymy, która pozwoliłaby na wyrównanie wszelkich nierówności i zaprowadziłaby na ziemi prawdziwy pokój. Szybko się jednak orientujemy, że w tej jedności już nie ma miejsca na tę piękną różnorodność. Choć połączona ludzkość deklaruje, że żyje w stanie doskonałej miłości, to jednak czujemy, że z miłością ma to mało wspólnego. Choć ludzie w zewnętrznej formie utrzymują swoje unikalne ciało, to na tym kończy się ich indywidualizm i wolność. Każdy jest trybikiem, służącym jedynie do utrzymania tej ogromnej machiny.
Obraz ten budzi we mnie wiele skojarzeń filozoficznych i teologicznych. Zaprasza do rozważań na temat tego jak będzie wyglądać nasza jedność z Bogiem w wieczności i w jakiej jedności znajdują się Osoby w Trójcy Świętej. Na te pytania oczywiście nie mamy pełnej odpowiedzi, ale możemy przyglądać się relacji Jezusa z Ojcem i zobaczyć, że choć są jednością, to nie rozpływają się ani w sobie wzajemnie ani w Duchu Świętym. Miłość między nimi wynika z trzech unikalnych relacji – Ojca z Synem, Syna z Duchem i Ojca z Duchem. Innej miłości nie ma, jak między dwoma odrębymi Osobami. Dlatego Jezus podczas ziemskiego życia potrzebował czasu na modlitwę, a głos Ojca odzywał się z niebios kilkukrotnie. Osoby Boskie są zupełnie odrębne i zachowują całkowicie swoją indywidualność, mimo, że są jednym Bogiem. Podobnie i my nigdy nie zostaniemy wchłonięci przez Boga, ale pozostaniemy sobą (choć w najlepszej wersji siebie, pozbawionej grzechu).
W serialowym procesie połączenia wszystkich ludzi na ziemi nie wzięło udziału tylko kilka jednostek, które ze względu na swój kod genetyczny, nie mogły przejść integracji. Taką jednostką jest Carol – główna bohaterka serialu. To właśnie o niej możemy przeczytać w opisie na fimwebie: „Najbardziej nieszczęśliwa osoba na Ziemi musi uratować świat przed szczęściem”. Dlaczego musi ratować świat przed szczęściem? Ponieważ ta połączona ludzkość próbuje ją wciągnąć do swojego środka wbrew jej woli, tłumacząc, że to dla jej dobra i buduje fałszywy obraz szczęścia, które w istocie jest anihilacją. Ja jako widz jestem przekonana, że wcale nie chciałabym być częścią tej jedności i kibucuję tym, którzy chcą się przed nią bronić. To przypomina mi o kolejnej bardzo ważnej prawdzie teologicznej – Bóg nigdy nie odbiera nam wolności i nigdy nie zmusi nas do wieczności z Nim. Osobiście noszę w sobie nadzieję powszechnego zbawienia i jest we mnie ufność, że każdy ostatecznie sam w wolności wybierze Niebo, ale absolutnie konieczne jest istnienie alternatywy w postaci piekła, nawet jeśli miałoby być puste. Oczywiście wieczność z Bogiem jest prawdziwą szczęśliwością, a nie atrapą, którą możemy zobaczyć w serialu, ale jednak wydaje się, że zbyt wiele osób żyje w lęku przed tym, że zostaną wchłonięci i że musieliby zaprzeczyć sobie, żeby zostać zbawionym. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Miłość wtedy jest miłością, kiedy daje całkowitą wolność, a nie zamyka w złotej klatce.
Jest jeszcze jeden wątek, który szeroko omawiany jest przy okazji serialu „Pluribus” – podobieństwa z modelami sztucznej inteligencji. Przecież AI też zawiera całą wiedzę wszechświata i rozmawiając z jednym botem, de facto komunikujemy się z czymś więcej. Dylemat jednak wydaje się zupełnie odwrotny. Podczas gdy serialowi bohaterowie zastanawiają się czy to są faktycznie jeszcze ludzie, jeśli tak naprawdę stacili swoją tożsamość, my zastanawiamy się czy to może już osoba, skoro możemy z nią prowadzić konwersację. A może jeszcze częściej wcale się nie zastanawiamy, tylko zaczynamy traktować AI jak przyjaciela, lekarza i terapeutę, a nie tylko wielką encyklopedię. To wszystko stawia nas w obliczu pytania o granice człowieczeństwa i wydaje się, że właśnie w tej sprawie już niebawem więcej przeczytamy od samego papieża. Czekam z niecierpliwością!
-
W Imię Jezusa
Dzisiaj obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano i które przez wieki inspirowało do największego dobra, szlachetnych postaw i męczeństwa, ale jednocześnie Imię, z którym na ustach wielokrotnie mordowano i czyniono zło. Dzisiejsze święto jest również dniem „imienin” jezuitów, których jedną z najważniejszych misji jest uczenie nas rozeznawania. To niezwykle ważna sztuka poszukiwania tego, czego Bóg pragnie w swoje Imię zdziałać w naszym życiu i na świecie. Zakłada ona, że nie będziemy ślepo podążać za tym, co mówią nam inni, choćby byli świetlanymi przykładami i mieli jak najlepsze intencje. Nasz Stworzyciel pragnie bowiem z każdym z nas komunikować się bezpośrednio i prowadzić nas niepowtarzalną drogą. Nie oznacza to koniecznie porzucenia cennych wskazówek, ale podjęcie ryzyka, by dokonywać nieoczywistych wyborów.
Kilka dni temu miałam okazję odświeżyć sobie film „Misja”. Akcja dzieje się w XVIII wieku, kiedy jezuici zbudowali doskonale funkcjonujące misje w Ameryce Południowej. Ich historia do dziś może inspirować i pokazywać w praktyce dylematy, z którymi w różnej skali przychodzi nam się mierzyć w naszym życiu. Wspaniałe dzieło misyjne, znane pod nazwą „redukcji paragwajskich”, dało schronienie i miejsce na rozwój tysiącom Indian Guarani, ale po 160 latach funkcjonowania zostało zaprzepaszczone z powodu działań politycznych i układów między Watykanem i kolonistami. W filmie widzimy dwóch głównych bohaterów, którzy jako jezuici prowadzący misje, proszeni są o ich porzucenie i namówienie Indian do powrotu do dżungli, bo tereny mają być przejęte przez Hiszpanię i Portugalię. Obaj mają różną wizję tego jak należy postąpić – jeden decyduje się na otwartą walkę z agresorami w obronie Indian i ich wspólnego domu; drugi postanawia bez użycia jakiejkolwiek przemocy oddać się jedynie modlitwie i uwielbieniu. Obie postawy mają swoje uzasadnienie i można by je podeprzeć społeczną nauką Kościoła. Ważne jednak, że żaden z zakonników nie zdecydował się na wygodne opuszczenie terenów misji zgodnie z poleceniem wysłannika władz kościelnych. Byłoby to przecież wypełnieniem zewnętrznego posłuszeństwa, a jednak stałoby w sprzeczności z ich własnymi sumieniami.
W codzienności rzadko przychodzi nam się mierzyć z tak poważnymi dylematami. Zazwyczaj nie musimy decydować o życiu swoim i innych, ale nadal czasami może dotykać nas problem pójścia pod prąd powszechnym przekonaniom i bezpiecznym rozwiązaniom, by wybrać to, co podpowiada nam nasze serce i rozum. Wiąże się to zawsze z podjęciem ryzyka, że możemy wybrać źle lub że zostaniemy niezrozumiani i oskarżeni o złe intencje. Taka decyzja może oznaczać zabranie głosu wtedy, kiedy wygodniej byłoby nic nie mówić albo milczenie wtedy, kiedy inni oczekują, że opowiemy się po którejś ze stron. Może oznaczać wybór tego, co po ludzku zupełnie się nie opłaca albo pójście drogą w nieznane zamiast utartą ścieżką. To jest jednak ryzyko, które podejmuje dziecko Boże, pewne, że Ojciec będzie je wspierał i będzie mu błogosławił nawet jeśli się pomyli, nawet jeśli odejdzie, nawet jeśli zawiedzie. Jego niezmienna miłość jest gwarantem tego, że nasze szczere intencje i gorliwość są najważniejsze, bo z całej reszty On może wydobyć dobro. Jeśli zaś nie podejmujemy tego ryzyka, to zachowujemy się jak niewolnik, który co prawda doskonale wypełnia prawo i polecenia, ale w rzeczywistości nie ma relacji z Ojcem i nie szuka z odwagą tego, co właściwe. Może okazać się, że nasze źle uformowane sumienie zaprowadzi nas kiedyś na manowce, ale przecież nadal mamy obowiązek go słuchać, bo to jedyny sposób, by odczytać to, czego pragnie Bóg. Obyśmy tak potrafili dzisiaj i przez cały nadchodzący rok – odwagi i ufności!
-
Czas to miłość
Listopad to taki moment roku, w którym częściej myślimy o przemijaniu, śmierci, wieczności. Może bardziej zastanawiamy się nad tym, co ważne. Ja, jak co roku, odwiedzając moich bliskich na cmentarzu, postawiłam też znicz na grobie mojego nauczyciela geografii, który zmarł zupełnie nagle w dniu mojej ustnej matury z polskiego, czyli już ponad 23 lata temu. Nadal przed oczami mam jego dobrotliwą twarz i choć naprawdę niewiele niestety zdołał mnie nauczyć geografii, to jednak zapisał się w mojej pamięci. Może dlatego, że był zawsze po stronie uczniów; może dlatego, że był ludzki i życzliwy, a może po prostu dlatego, że miał dla nas czas.
Dlatego dziś o czasie kilka myśli. Czymże on jednak tak naprawdę jest? Dla Kanta – zmysłową formą naoczności, służącą do porządkowania wydarzeń. Dla wielu innych – czymś, co można wymienić na pieniądz, a później na pożądane rzeczy i usługi. Dla jeszcze innych, wśród których się odnajduję – najcenniejszym skarbem. Jak śpiewa na swojej najnowszej płycie Grzegorz Turnau: „choć nie pachnie, kształtu nie ma, nikt nie dotknął go ni raz, skarb każdego pokolenia, mamy czas! mamy czas!” I czasem żałuję, że pieniądz to nie czas i nie można zakupić dodatkowej godziny w ciągu dnia, żeby zmieścić się ze wszystkimi planami i marzeniami.
W świecie instant, w którym żyjemy, może nam się wydawać, że cenimy nasz czas. Nie potrafimy czekać, wszystko chcemy mieć na wczoraj. Wydaje nam się, że każda chwila powinna być wykorzystana. Ostatnio kilka razy obił mi się o uszy cytat Earla Nightingale, który mówił: „Nigdy nie rezygnuj z celu, tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie”. To, co prawdziwie wartościowe, wymaga dojrzewania i nabierania smaku. Nie da się tego dostać od ręki, a efekty może dostrzeżemy po latach. Wiele razy też w życiu kierowałam się podobną maksymą, przypominając sobie, że czas nie był stracony, nawet jeśli do tego zamierzonego celu nigdy nie doszłam. Sama droga, na której się rozwijałam, nieustannie uczyłam, poznawałam siebie, był już wart ruszenia w nią, choćbym dotarła zupełnie gdzieś indziej niż zakładałam.
Jednocześnie wydaje się, że choć świadomie dostrzegamy wartość tego najcenniejszego zasobu, w jakiś przedziwny sposób ciągle go trwonimy. Chyba nigdy w historii nie przeskrollowaliśmy tyle cennych chwil, nie zaniedbaliśmy tak bardzo relacji na rzecz robienia kariery i innych „ważnych” rzeczy. Nigdy wcześniej tak bardzo nie baliśmy się tego, że coś nam umknie i nie prześladowało nas wrażenie, że choćby moment bezczynności sprawi, że rozleci nam się świat. Powoli tracimy zdolność kontemplacji, patrzenia w gwiazdy, marzenia, refleksji, a może najbardziej zwyczajnej nudy, która pozwoliłaby naszym umysłom na choć odrobinę wytchnienia.
Krótki jest czas dany nam tu na ziemi. Kiedyś u kresu życia, kiedy będziemy się zastanawiać czy dobrze go wykorzystaliśmy, nie będziemy oceniać jak bardzo byliśmy produktywni i ile zadań, miejsc i wrażeń odhaczyliśmy. Spojrzymy wtedy raczej na chwile spędzone w bliskości z ludźmi, Bogiem i samym sobą. Zdamy sobie sprawę z tego, że czas jest jedyną walutą, którą można zamienić na miłość.
-
Bieda to stan umysłu
Opadł już kurz po aferze u Wojewódzkiego, kiedy Julia Wieniawa zgodziła się z tezą, że bieda to stan umysłu. Drama ta wywołała tak duże oburzenie społeczne, że wyszła poza bańkę światka celebrytów. Tymczasem sam papież Leon XIV jakby postanowił odpowiedzieć Julii, pisząc w swojej pierwszej Adhortacji Dilexi Te: „Ubóstwo nie jest wyborem. Są jednak wciąż tacy, którzy ośmielają się tak twierdzić, wykazując się ślepotą i okrucieństwem.” (DT 14) Wydaje się oczywiste, że człowiekowi nie przybędzie pieniędzy od samego myślenia o nich, ale czy jednak przewrotnie nie może okazać się, że w tej kontrowersyjnej tezie jednak coś jest?
A co gdyby powiedzieć, że „niewola to stan umysłu”? Zewnętrznie nie możemy oczywiście siłą naszych myśli rozerwać krępujących nas łańcuchów, ale to nie znaczy, że przestaliśmy być wewnętrznie wolni. Wiktor Frankl w swoich wspomnieniach z obozu w Auschwitz pisze o tym, że człowiekowi można zabrać wszystko, ale nie można zabrać mu możliwości wyboru tego w jaki sposób postąpi. W każdym położeniu można okazać się szlachetnym albo podłym. Można wznieść się ponad otaczającą rzeczywistość, co pokazywali więźniowie dodający innym otuchy i oddający swój ostatni kawałek chleba, żeby komuś uratować życie. Można jednak również dać się wciągnąć w otchłań okrucieństwa i jako współwięzień okazać się bardziej bezwzględnym niż niejeden SS-Man. Na tę decyzję w momencie skrajnego doświadczenia wpływać będzie szereg wydarzeń z naszego życia, ale to właśnie wtedy objawić się może szczyt naszego człowieczeństwa. Nie inaczej dzieje się w codziennym życiu, kiedy możemy w pełni skorzystać z naszej wolności i postąpić właściwie, a możemy ulec oczekiwaniom innych, naszym własnym lękom albo żądzom i ostatecznie postąpić źle.
Czy zatem bieda nie może być również stanem umysłu? Czy nie przyznalibyśmy racji temu, co mawiał Bob Marley, że „niektórzy ludzie są tak biedni, że mają tylko pieniądze”? Czy prawdziwie bogatym nie okaże się kiedyś ten, kto na ziemi miał niewiele, bo skarby gromadził sobie w Niebie? Znowu warto spojrzeć bardziej na to, co dzieje się w naszym sercu, niż na zewnętrzny stan naszego portfela. Wszak może być milioner całkowicie wolny wobec swoich milionów, a ktoś inny może być tak przywiązany do swojego jedynego kubka do kawy, że gotów jest za niego zabić. Praktyka jednak pokazuje, że im więcej się posiada, tym trudniej o dystans wobec pieniędzy. Sam Jezus mówi, że „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego” (Łk 18,25). Dlatego też błogosławieni są ubodzy w duchu, czyli ci, którzy wobec tego co posiadają są wolni i pamiętają, że wszystko jest łaską i darem od Pana. Są ubodzy, bo wszystko mają „u Boga”. Papież Leon, cytując Jana Chryzostoma i św. Ambrożego, przypomina nam, że „nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia. Posiadane przez nas dobra nie są naszymi, ale ich dobrami. (…) Nie obdarowujesz przecież biedaka ze swego, lecz zwracasz mu to, co jest jego własnością. Sam bowiem przywłaszczasz jedynie sobie to, co należy do wszystkich” (DT 42-43).
Kiedy sami mamy pod dostatkiem, łatwo jest zamknąć się w swoim świecie i nie zauważać, że w istocie nic nie należy do nas. „Trzeba powiedzieć, że rozwinęliśmy się pod wieloma aspektami, ale jesteśmy analfabetami w towarzyszeniu, opiece i wspieraniu najsłabszych i najbardziej wrażliwych w naszych rozwiniętych społeczeństwach. Przyzwyczailiśmy się do odwracania wzroku, do przechodzenia obok, do ignorowania sytuacji, chyba że dotyczą nas bezpośrednio” (Fratelli Tutti 64) Dlatego co jakiś czas robię sobie rachunek sumienia i zastanawiam się jak to jest możliwe, że ja tu sobie spokojnie żyję i nic mi nie brakuje, podczas gdy tak wielu ludzi nie ma za co wyżywić rodziny albo pracują tylko po to żeby przetrwać. Szukam wokół siebie Łazarzów, którzy czekają na okruchy z mojego ucztowania, ale łapię się nie raz na myśleniu tego świata, które podpowiada, że przecież uczciwie sobie zarobiłam i mogę zrobić z tym co zechcę.
Wydaje się jednak, że dzielenie się dobrami materialnymi nie jest jeszcze najważniejszą lekcją do przerobienia. Jest jeszcze ta, by nie patrzeć z góry. Papież Leon przywołując wielu świętych, zauważa, że „każdy z nich na swój sposób odkrył, że najubożsi są nie tylko przedmiotem naszego współczucia, ale nauczycielami Ewangelii. Nie chodzi o to, by „przynosić im” Boga, ale by spotkać Go przy nich. Wszystkie te przykłady uczą nas, że służba ubogim nie jest gestem wykonywanym „z góry ku dołowi”, ale spotkaniem równych sobie, gdzie Chrystus się objawia i jest adorowany.” (DT 79) Trzecią lekcją do odrobienia jest jeszcze trudniejsza. Usłyszałam ostatnio, że to co odróżniało Samarytanina od kapłana i lewity, było to, że on miał czas. W życiu zaplanowanym pod linijkę z kalendarzem po prostu nie ma przestrzeni, by kochać tych, którzy nas potrzebują. Jezus wielokrotnie pokazywał, że Jemu nigdzie się nie spieszy. Skoro On miał czas, to czemu ja miałabym go nie mieć? Czy rzeczywiście to, co mam do zrobienia, jest tak szalenie ważne i potrzebne, że nie mieści się już tam drugi człowiek? Prawdziwie biedny jest ten, kto okazuje się zbyt zajęty, by mieć czas na to, co naprawdę ważne. A zatem to stan umysłu. Nie ma wątpliwości.
-
Adwentowe Słońce
Adwent to jeden z moich ulubionych okresów liturgicznych. Jest pełen symboli i przedziwnego światła, kiedy wokół panuje wieczna noc. Wychodzisz ciemno, wracasz ciemno… i czasem zaczynasz wątpić w istnienie dnia. W tym roku do mojego Adwentu dużo światła wniosła „Piosenka o słońcu” Kwiatu Jabłoni.
Więc zostań ze mną, bądź moim słońcemKtóre zawsze powracaDni początkiem i ich końcemCiemność światłem przeplataj
Roraty są jednym z niewielu polskich pobożności ludowych, które budzą mój zachwyt. Liturgia o świcie nie tylko sprawia, że te ciemności przeplatane są światłem, ale też zachęca do tego, by to Jezus był początkiem naszego dnia i od rana nastrajał naszą duszę ku wieczności. W tym roku te poranne pobudki są dla mnie łatwiejsze niż zazwyczaj, bo już od jakiegoś czasu wstaję o 5 rano (tak, dobrze czytasz! 😉 ) Zachęcił mnie do tego filmik Przeciętnego Człowieka, a duchowo potwierdził filmik o. Adama Szustaka, który zupełnie niespodziewanie skomentował czytanie z Księgi Mądrości (Mdr 6, 12-16).
Dziś już nie umiem patrzeć w horyzontNie czując, że mi zależyBo on jednocześnie mi mówi, że wszystkoKiedyś na zawsze się zmieni
Adwent to nie czas oczekiwania na 25 grudnia, ale na coś znacznie głębszego. Co roku przygotowujemy się do tego, żeby na nowo odkryć co konkretnie oznacza dla nas wcielenie i jakie ma konsekwencje w naszym osobistym życiu. Gdyby miało to być tylko wspomnieniem wydarzenia narodzin Jezusa w Betlejem sprzed 2000 lat, to niewiele by to było warte. W adwentowym oczekiwaniu mamy natomiast jeszcze jeden wymiar, szczególnie podkreślony w pierwszych dniach tego okresu – oczekiwanie na paruzję. Warto nie tylko przypominać sobie o tym ostatecznym przyjściu Mesjasza, ale może właśnie patrząc na wschodzące na horyzoncie słońce, uświadomić sobie, że jesteśmy tu tylko na chwilę, a gdy wszystko na zawsze się zmieni, będziemy nieustannie w Jego miłującej obecności.
I ja tak jak każdy mam niepokojeŻe w biegu życie przegapięA razem z tobą widzę na nowoNiczego nie tracę
Dobrze jeśli czas Adwentu będzie dla nas momentem zatrzymania i refleksji, ale dla większości pewnie nie będzie. Domykanie ostatnich spraw przed świętami, przygotowania do wigilii i mnóstwo innych codziennych zadań mogą powodować w nas niepokój i frustrację. Czas znowu przelatuje nam przez palce, mimo że tym razem miało być inaczej. A jednak tak niewiele trzeba, by był to owocny czas – wystarczy zaprosić Boga do całej tej naszej bieganiny i z uśmiechem zaśpiewać Mu: „Razem z Tobą widzę na nowo – niczego nie tracę”.
To jasne jak słońce, bez cienia wątpliwościBez cienia wątpliwościŻe z tobą mi lepiej, nie umiem już bez ciebieNie umiem nic bez ciebie
Bez cienia wątpliwości wiadomo, że z Jezusem lepiej i że bez Niego nic. Może o tym przede wszystkim powinien być Adwent.
-
Dwa filmy, które poruszyły mnie do głębi
Ostatnio w przeciągu trzech dni widziałam dwa filmy, które poruszyły mnie do głębi.
Sound of freedom – film opowiada historię Tima Ballarda, który rzucił swoją pracę jako agent w służbach specjalnych, by wyruszyć do Kolumbii i ratować dzieci przed sprzedażą pedofilom jako niewolnicy seksualni. W moim odczuciu to film, który pokazuje przede wszystkim tragedię dzieci, których życie nieodwracalnie zostaje zniszczone przez ludzi, którzy dopuszczają się jednych z największych zbrodni możliwych. To opowieść o działalności przestępczej, która jest trzecim najlepiej opłacalnym interesem na świecie, zaraz po handlu narkotykami i bronią, ale przede wszystkim opowieść o brawurowych akcjach ratowania najsłabszych. Temat ten jest mi osobiście bliski, bo od kilkunastu lat wspieram Fundację HAART, która zajmuje się pomocą ofiarom handlu ludźmi w Kenii. Od tego czasu słyszałam już setki historii, z których każda powoduje zarazem wzruszenie i ogrom złości. Na szczęście większości ofiar udaje się przywrócić normalne życie i nadzieję! Jeśli chcesz pomóc finansowo, to zapraszam.
Zielona granica – film próbuje przedstawić wydarzenia na granicy polsko-białoruskiej z jesieni 2021, pokazując perspektywę uchodźców, straży granicznej, mieszkańców i aktywistów. W moim odczuciu to film o dramacie każdej osoby, która musi opuścić swój kraj, by szukać schronienia na obczyźnie, ale przede wszystkim o ludzkiej wrażliwości na cierpienie najsłabszych. Film pokazuje wiele prawdziwych historii, które dochodziły do nas tamtej jesieni. To opowieść, która jest dla mnie osobistym wyrzutem sumienia, bo nie zrobiłam nic, by pomóc tym, którzy tak blisko mojego rodzinnego domu na Podlasiu tułają się po lasach i stają się niechcianym towarem przerzucanym wielokrotnie przez granicę. Co jednak gorsze, wielokrotnie przeszłam obojętnie obok kogoś w potrzebie na mojej własnej ulicy i to boli mnie jeszcze bardziej.
Oba filmy mówią o niesamowicie ważnych problemach współczesnego świata, o których nikt z nas nie chce słyszeć, a jednak dzieją się na naszych oczach, poddając w wątpliwość osiągnięcia współczesnej cywilizacji. Bardzo dobrze, że powstały! Mówią o ludziach, którzy niczym nie zasłużyli sobie na tragiczny los jaki ich spotkał, a jednak tracą życie i zdrowie, będąc ofiarami w rękach tych, którzy mają władzę i pieniądze, ale za to za grosz sumienia. Filmy te mówią jednak przede wszystkim o tych, którzy zdecydowali się poświęcić swoje życie żeby ratować innych z bagna – o ich heroizmie i wytrwałości.
Oba filmy mają też swoje zgrzyty. Sound of freedom w sposób bardzo uproszczony i hollywoodzki pokazuje walkę z handlarzami i przemytnikami, ale najbardziej negatywnie oceniam wystąpienie Jima Caviezela, który na końcu filmu mówi o tym jak ważne jest, żeby ludzie zobaczyli ten film. Oczywiście zachęcam jak najbardziej do jego obejrzenia, ale świata nie zmienia się w kinie, tylko po wyjściu z niego. Caviezel mógł choćby zachęcić do wsparcia organizacji założonej przez Tima Ballarda – Operation Underground Railroad, która aktywnie działa na rzecz ratowania dzieci, a jednak zachęca do tego, by kupić komuś bilet do kina i dołożyć się do już stu milionowych zysków filmu. Zielona granica natomiast w mojej opinii osłabia swój przekaz poprzez antyrządowe wstawki i niesprawiedliwe pokazanie strażników granicznych jako nieludzkich i obojętnych na los niewinnych (z jednym wyjątkiem). Życie ma więcej odcieni szarości, ludzie stają przed ogromnymi dylematami moralnymi, a problem migracji jest tak niesamowicie złożony, że wymaga ogromnej ostrożności w opisywaniu. Niestety przez polityczne podziały w Polsce wiele osób filmu nie zobaczy, a szkoda.
Ostatnim kamyczkiem do rozważań o problemach współczesnej cywilizacji w ten weekend był dla mnie światowy dzień migranta i uchodźcy obchodzony w Kościele w ostatnią niedzielę września. Najpierw wysłuchałam pięknego wykładu Rafała Bulowskiego SJ, który przypomniał o tym, że do pomagania nikogo nie można zmuszać, bo miłość dokonuje się w wolności i zachęcił do wrażliwego postawienia się w sytuacji osób, których życie zmusiło do najtrudniejszych decyzji, ale też do uszanowania lęku, który kogoś innego może paraliżować. Potem uczestniczyłam w przepięknej wielokulturowej Mszy, na której bp Krzysztof Zadarko wygłosił poruszające kazanie o tym, że dla Boga nikt nie jest obcy i o tym, że nie można budować poczucia bezpieczeństwa kosztem deptania ludzkiej godności.
Na koniec jeszcze jeden obrazek dopełniający całości. Wczoraj kiedy wyszłam z kina i wróciłam do mojego roweru, uświadomiłam sobie, że jak go tam zostawiałam, to zupełnie zapomniałam wyłączyć lampki. Teraz już nie były zapalone, więc ktoś musiał je za mnie wyłączyć. Spojrzałam na rower stojący obok, który ktoś doparkował w międzyczasie do mojego stojaka – trochę obdarty, z zardzewiałym łańcuchem, z dzwonkiem z napisem „I love my bike”. Pożałowałam, że nie mam przy sobie karteczki, żeby napisać podziękowanie, ale pomyślałam z wdzięcznością: „Ludzie są dobrzy”. Po obu seansach nie mam wątpliwości, że na świecie jest bardzo dużo strasznego bagna, ale nie zmienia to faktu, że dobrych ludzi jest więcej. Nie dajmy sobie odebrać nadziei i zapału do tego, żeby wzrastać w prostej codziennej wrażliwości.
-
Wyzerować świat?
Dziś po raz pierwszy usłyszeliśmy nowy singiel Kwiatu Jabłoni promujący ich trzecią płytę. Piosenka ma tytuł „Od nowa” i snuje przed nami wizję, w której moglibyśmy rozpocząć wszystko od nowa, zapominając o trudnej przeszłości.
Czy mógłby ktoś tak wyzerować świat
Żeby się nic nie stało do wczoraj?
Bez słów co bolą, bez otwartych ran
Żebyśmy się poznali od nowaKtoś mógłby pomyśleć, że tak właśnie będzie wyglądać Niebo. Bóg nareszcie przeniesie nas z tego łez padołu do nowej rzeczywistości, w której zapomnimy o cierpieniu, bólu i krzywdzie nam zadanej. Zaczniemy z czystą kartą i nie będziemy się już mierzyć z naszymi własnymi błędami; przestaniemy pamiętać o słowach, których wielokrotnie wypowiedzieliśmy o jedno za dużo; nie będą nas prześladować trudne wspomnienia. Kusząca wizja? Otóż nie!
Wydaje się, że Jezus prowadzi nas w kierunku zupełnie przeciwnym. Kiedy ukazuje się Apostołom po zmartwychwstaniu nie rozpoznają oni Jego twarzy, choć przecież widzieli go kilka dni wcześniej. Jego wygląd zewnętrzny musiał zatem przemienić się całkowicie. Znakiem rozpoznawczym stają się natomiast Jego… rany. Pokazuje uczniom przebite dłonie, stopy i bok. Czyż to nie szokujące, że ze wszystkich chwil spędzonych na ziemi, Syn Boży postanowił zachować właśnie ślady zbrodni? Czyż to nie oznacza przechowania w wiecznej Boskiej pamięci właśnie bólu i krzywdy? Dlaczego właśnie tak?
Nie wiemy jak będzie wyglądało życie po śmierci, ale możemy być prawie pewni, że pamięć nie zostanie nam wymazana. I to jest bardzo dobra nowina! Nie zapomnimy o tym, co spotkało nas na ziemi, ale zaczniemy na to patrzeć z zupełnie nowej perspektywy, która przepełniona będzie czystą miłością. Wspomnienia przestaną nas boleć, rany przemienią się w blizny i zrozumiemy w pełni to, że nasza historia, choć trudna, była konieczna byśmy stali się tym, kim dzisiaj jesteśmy. Spotkamy wtedy tych, których kochaliśmy, by powspominać dobre czasy, ale spotkamy też naszych krzywdzicieli, by poznać ich motywacje i uwarunkowania, a potem razem z nimi zapłakać.
Odkryciem kopenikańskim było dla mnie swego czasu zrozumienie, że w Niebie nie będę mieć nowej relacji z Bogiem, ale będzie ona kontunuacją tego, co udało nam się zbudować już teraz. Powie mi wtedy: „A pamiętasz jak w ’98…?”, „Pamiętam jak prosiłaś…”, „Pamiętam jak razem płakaliśmy…”, „Pamiętam tę szaloną podóż…” To nie będzie spotkanie z obcym Bogiem, ale ze starym przyjacielem, z którym już wiele przeżyłam. Jaką szkodą byłoby zaczynać wszystko od nowa!
Boże, nie wyzerowuj nam świata, ale naucz nas patrzeć na niego sercem, oczami Twojej Miłości.
-
Poezja uratuje świat
W niedzielę byłam na koncercie Starego Dobrego Małżeństwa. Ostatnio miałam taką okazję jakieś pół życia temu, a czułam się jakby to było wczoraj. Piosenki, których nie słyszałam od początków tego wieku, same się śpiewały – bez trudu wydostawały się z najgłębszych zakamarków zakurzonej pamięci. Czas płynie nieubłaganie, ale czyni czasem tak przedziwne zakręty, jak wąska rzeka wśród szuwarów. Zastanawiasz się jak to możliwe, że właśnie taką wybrała trajektorię i czy nie zaczęła przypadkiem płynąć w odwrotnym kierunku… Wróciły wspomnienia wielu nocy przy ognisku czy świecach, kiedy „czwartą nad ranem” śpiewało się, a jakże, o czwartej nad ranem; czasów kiedy na szóstkę z polskiego wystarczyło zaśpiewać dobrze znaną „Glorię”; niepowtarzalnych chwil słuchania „bieszczadzkich aniołów” w Wetlinie…
Wcale nie chciałabym wracać do tych czasów młodości, ale uświadomiłam sobie, że to kim jestem teraz ukształtowała poezja. Nigdy nie zaczytywałam się w tomikach wierszy, ale jednak słowa napisane przez Stachurę, Bellona, Szymborską, Baczyńskiego, Grechutę czy Miłosza towarzyszyły mi w różnych momentach mojego życia. Nawet jeśli wtedy jej nie rozumiałam, to przenikała do mojego serca, ucząc łagodności, bratestwa, nadziei, optymistycznego spojrzenia na świat i ludzi. Wyrażała niewyrażalne i przez to pozwalała przeżyć to, co jest trudne do nazwania. Mam jakieś nieodparte wrażenie, że świat byłby piękniejszym miejscem gdyby więcej osób czytało poezję…
Nic dziwnego, że Kościół od zawsze modli się psalmami. Poezja z Bożego natchnienia pozwala nam spotkać się z uczuciami, na które często sobie nie pozwalamy (szczególnie wobec Boga) lub usłyszeć coś ważnego w sytuacji, która nas przerasta. Choć psalmy czytamy na każdej Eucharystii, to trudno nie mieć wrażenia, że traktujemy je często jako coś upchniętego między jedno a drugie czytanie i rzadko zwracamy uwagę na jego przesłanie. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć homilie, które właśnie do tej części Liturgii Słowa się odnosiły, a jestem przekonana, że Księga Psalmów ma jeszcze wiele do odkrycia przed nami wszystkimi. Dlatego też stała się ona nieodłączną częścią rekolekcji fotograficznych, które po raz kolejny już za chwilę będę miała okazję prowadzić. Pan Bóg mówi do serca nie tylko przez swoje Słowo, ale też przez cały świat stowrzony, który krzyczy do nas o dobroci Wielkiego Twórcy. Już się nie mogę doczekać!
-
Siła bezsilności
W zeszłym tygodniu udało mi się z powodzeniem zakończyć kolejny rok szkolny. Nikt nie zginął, to jednak sukces. Zakończenie roku to zdecydowanie najprzyjemniejszy dzień w pracy nauczyciela. Słyszy się wtedy same podziękowania, a perspektywa 2 miesięcy bez prowadzenia lekcji (co nie oznacza bez pracy) jest niewątpliwie na tyle optymistyczna, że potrafi przysłonić trud kończącego się roku. Od mojej klasy znowu dostałam absolutnie cudowny prezent – zestaw herbatek w saszetkach, z których każda opatrzona jest dobrym słowem, obrazeczkiem lub miłym życzeniem. Powinno mi wystarczyć do końca wakacji! Nie zabrakło też kubka z chosenowymi rybkami, żebym miała w czym pić 🙂
Nie codziennie jednak w szkole życie tak wygląda. Dominującym uczuciem towarzyszącym tej pracy, przynajmniej w moim wypadku, jest bezsilność. Nie wiesz jak wytłumaczyć, żeby zrozumieli; nie wiesz jak zmotywować, żeby im się chciało; nie wiesz jak ocenić, żeby było naprawdę, a nie tylko pozornie sprawiedliwie. Wielokrotnie Twoje działania są kontrskuteczne, musisz ponosić konsekwencje nie swoich decyji i czasem walczyć z systemem, który bywa opresyjny dla wszystkich. Oczywiście zdarzają się też momenty satysfakcjonujące – iskierki w oczach młodego człowieka, który napisał swój pierwszy program i działa (!); wycieczka, z której wszyscy są zadowoleni; pomysł na lekcję, który sprawił, że klasa nie ma ochoty wyjść z sali. Te momenty to jednak zwykle tylko światełka w ciemności. Nie piszę tego, żeby narzekać, czy udowadniać, że nauczyciele mają najgorzej. Każdy ma swoje wyzwania i bardzo nie chciałabym ich porównywać. Piszę po prostu o tym jak ja to przeżywam. Zresztą mając możliwość powrotu do pracy w IT czy korpo, podjęłam bardzo świadomą decyzję, że wolę bezsilność w szkole niż poczucie bezcelowości w biznesie.
Duchowo patrząc, taka pozycja bezsilności wydaje się być jedną z najlepszych z możliwych. Św. Paweł mówi, że chlubić się może tylko ze swoich słabości, bo wtedy objawia się Chrystus, który w nim żyje. Pasmo sukcesów, nawet pobożnych i ewangelizacyjnych, może być dla nas niebezpieczne, jeśli choć na chwilę zapomnimy, że to nie naszą mocą dane jest nam czynić cuda, ale tylko i wyłącznie mocą Ducha Świętego. Staram się więc patrzeć na zmagania szkolne w duchu wdzięczności. Czasami chciałoby się zrobić tak wiele, a możemy sprawy powierzać jedynie Bogu. Owoców tego możemy nigdy nie zobaczyć, ale jestem przekonana, że one są. On nas przecież nie porzuca w naszej bezsilności.
Ja właśnie dotarłam do Falenicy na dwutygodniową przygodę prowadzenia rekolekcji. To miejsce, w którym dużo łatwiej powierzać swoją pracę Bożej Opatrzności, bo to co najważniejsze dzieje się w bezpośredniej relacji Stwórcy ze stworzeniem, a my w dużej mierze jesteśmy tylko świadkami tego cudu. Tu jest mnóstwo przestrzeni na przesiąkanie Bożym Słowem, spacery po lesie, czas z Nim i dla Niego. Całkiem o szkole zapomnieć się jednak nie da. Będę powierzać Duchowi Świętemu też moich uczniów. Pięknych wakacji!
