• Tu i teraz

    Mają oczy, a nie widzą

    Alleluja! Chrystus zmartwychwstał! Dla chrześcijan to równie pewne, co nieprawdopodobne, bo przecież jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, to próżna jest nasza wiara. Tym, co najbardziej wydaje mi się przemawiać za prawdziwością ewangelicznych przekazów, nie są wcale opisy Jezusa przenikającego przez ściany czy opuszczającego niepostrzeżenie grób, ale fakt, że wszystkie historie spotkań z Nim mają jeden wspólny mianownik – nikt Go nie rozpoznaje. Jak można było swojego Mistrza i Pana, z którym przez trzy lata dzień w dzień spędzało się długie godziny, pomylić z ogrodnikiem, czy przygodnym wędrowcą? Jak można było nie rozpoznać Jezusa, opowiadającego o wszystkim co w Piśmie odnosiło się do Niego albo wydającego Piotrowi dokładnie to samo polecenie, które trzy lata wcześniej stało u początku jego powołania? To musiało się wydarzyć naprawdę, bo nikt by czegoś tak absurdalnego nie wymyślił! Widzieli przed sobą żywego Jezusa i Go nie rozpoznawali.

    Tomasz powiedział, że nie uwierzy dopóki nie zobaczy, ale przecież okazuje się, że zobaczenie też nie wystarczy. Można przecież patrzeć i nie widzieć. Przypomniał mi o tym dzisiejszy wykład z filozofii Boga, na którym omawialiśmy Johna Hicka: „Człowiek religijny i ateista żyją w tym samym świecie, zaś w innym sensie żyją oni świadomie w dwóch odmiennych światach. (…) Świat ma dla każdego z nich odmienną naturę i jakość, odmienne znaczenie i sens, albowiem jeden z nich doświadcza życia jako ciągłej interakcji z transcendentnym Bogiem, drugi natomiast tak go nie doświadcza”. Patrzymy na to samo, a widzimy zupełnie co innego. Spotkania ze Zmartwychwstałym przypominają nam nieustającą prawdę z Małego Księcia, że „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, a dobrze widzi się tylko sercem”.

    W Wielki Piątek modliłam się drogą krzyżową (by Dominik Dubiel), której ostatnia stacja nauczyła mnie patrzeć sercem na pusty grób:

    Bóg w grobie. Wielki Milczący. To jedno z doświadczeń, z którymi mierzy się w swoim życiu każdy chrześcijanin. Owo doświadczenie Boga w grobie płynnie przechodzi w doświadczenie pustego grobu. Naszą pierwszą (i zrozumiałą) reakcją jest poczucie bycia opuszczonym przez Boga. Ale wtedy warto wczytać się Ewangelię opisującą doświadczenie uczniów, którzy zetknęli się z pustym grobem. W pierwszym momencie nic im to nie mówi. Widzą tylko pustkę w miejscu, gdzie spodziewali się spotkać Jezusa. Dopiero z czasem orientują się, że milczenie grobu wcale nie oznacza nieobecności. Bynajmniej! Doświadczenie pustki jest znakiem zmartwychwstania.

    Pustka nie oznacza, że Boga nie ma, ale oznacza, że NIE MA GO TU, bo wstał jak zapowiedział! Ile to razy doświadczając pustki, nie uświadamiałam sobie, że to już zmartwychwstanie.  Nie ma Go, bo JEST jeszcze bardziej.

  • Tu i teraz

    Wszyscy jesteśmy winni? Droga Krzyżowa ulicami Ukrainy

    Nasza tegoroczna Droga Krzyżowa nie zaczęła się w Środę Popielcową ani w pierwszy piątek Wielkiego Postu, ale (o ironio!) w tłusty czwartek. Stacja I – skazanie na śmierć (Charków)… Stacja III – pierwszy upadek (Kijów)… Stacja IV – spotkanie z Matką (Mariupol)… Stacja VI – otarcie twarzy przez Weronikę (Przemyśl)… Stacja XI – przybicie do krzyża (Bucza)… Stacja XII – śmierć na krzyżu (Kramatorsk)…  Wiemy dobrze, że niestety to nie koniec tej drogi. Ona trwa i pochłania kolejne życia i nie wiemy ile kolejnych stacji przyjdzie nam przejść. Mamy niewielki wpływ na przebieg tej wojny, choć jestem przekonana, że nasze małe gesty solidarności i pomocy też mają wielkie znaczenie. To jednak, co wydaje się najważniejsze, to w jaki sposób te wydarzenia nas poruszą i przemienią.

    Kolejne słowa papieża Franciszka wypowiedziane w przelocie (dosłownie!) znowu wywołały burzę w internecie. Jak można mówić, że wszyscy jesteśmy winni, skoro sprawa jest tak prosta, a winnych już dawno wskazał cały świat? Czy papieżowi chodziło o to, że Ukraińcy sprowokowali agresję, a z politycznej poprawności nie wypada wskazywać agresora. Jestem przekonana, że tu chodziło o zupełnie coś innego. Nie można tego zdania rozumieć w oderwaniu od faktu, że papież jako Głowa Kościoła przede wszystkim wypowiada się w porządku duchowym, metafizycznym, a nie w porządku prawnym czy politycznym. Wydaje mi się, że nie da się tego zrozumieć bez perspektywy męki, krzyża i śmierci Jezusa. To ona sprawia, że rzeczywistość staje się dla nas zaproszeniem do wewnętrznej przemiany, bez względu na to w jaki sposób ją oceniamy.

    Można iść na nabożeństwo Drogi Krzyżowej z postawą: „Ja nie zabiłam Jezusa”. Przecież dobrze znam sprawców – Piłat, Kajfasz, Herod, Judasz, jeszcze kilku mogę nazwać z imienia. Poza tym tłum zebrany na dziedzińcu w Jerozolimie ponad 2000 lat temu, jacyś faryzeusze. Ja, urodzona w XXI wieku naprawdę nie miałam z tym nic wspólnego. A jednak rozważanie Drogi Krzyżowej z tej perspektywy nie miałoby najmniejszego sensu. To co przemienia, to zauważenie, że we mnie też jest coś z cynizmu Heroda, lęków Piłata, rozczarowań Judasz i kalkulacji Kajfasza. Moje codzienne decyzje mogą uzdrawiać mocą Jezusa, ale równocześnie Jezusa obecnego w bliźnim krzyżować słowem, czynem, obojętnością. Dlatego „wszyscy jesteśmy winni”, bo w każdym z nas jest trochę Putina, kiedy patrzymy z wyższością, kiedy rządzi nami chciwość, kiedy nasze cele realizujemy nie licząc się z innymi. Jasne , że skala inna. I wina zapewne też inna. Pychą jest jednak wydawanie wyroków, które do nas nie należą. Ostatecznie ważne będzie to na ile zło, jakie się dzieje zostanie przemienione w naszym sercu w łaskę i nasze osobiste nawrócenie.

    Jutro zaczynamy Wielki Tydzień. Pewnie będziemy mieć przed oczami te same zdjęcia z mediów… Warto ten czas przeżyć z Maryją – Matką schodzących do schronu, Królową zburzonych cerkwi, Panią drżących ze strachu i zimna…   Nie wolno nam jednak zapomnieć, że końcem nie jest śmierć, ale zmartwychwstanie. Życie zwycięży.

     

  • Tu i teraz

    Codziennie od nowa

    Myśląc o kobiecie z dzisiejszej Ewangelii, łatwo mi sobie wyobrazić jak niesamowita zmiana musiała się w niej dokonać po tym, co wydarzyło się w świątyni, Kiedy została tam siłą zaprowadzona, z pewnością była przygotowana na śmierć. Nie mamy pojęcia co dokładnie wydarzyło się wcześniej i czy w sercu uznawała, że ukamienowanie jest słuszną karą za życie, które prowadziła, czy też wręcz przeciwnie, jakieś niezwykle trudne okoliczności wrzuciły ją w sytuację, w której się znalazła. Ewangelia nie mówi nam nic o tym czy żałowała swoich czynów, a Jezus wydaje się nie być tym zupełnie zainteresowany. Przeszłość traci swoją moc wobec tego, co Bóg może zrobić z przyszłością.

    Ta konkretna kobieta w ciągu chwili przeszła od zagrożenia życia do pełnej wolności, również duchowej. Zwrot o 180 stopni. To z pewnością było doświadczenie tak silne, że pamiętała o nim każdego dnia. Ciekawa jestem czy w tej perspektywie zalecenie: „idź i nie grzesz więcej” wydawało jej się całkiem łatwym zadaniem. Przecież jak ktoś otarł się o śmierć, to zastanowi się pięćset razy zanim postawi się znowu w sytuacji zagrożenia. A jednak każdy z nas popełnia ciągle te same błędy, jakby nie pamiętając tych wielu sytuacji, kiedy Bóg nas wyratował z pułapek, które sami na siebie zastawiliśmy.  Człowiek ma tendencje do amnezji, ale Bóg też nie jest pamiętliwy – codziennie daje nam nową szansę i konsekwentnie uznaje za zamknięte to co wyznaliśmy w konfesjonale. Słyszałam kiedyś barwną metaforę mówiącą, że nasze grzechy lądują w głębokim jeziorze z tabliczką „nie łowić”. Bóg nie łowi, to my też tego nie róbmy.

    Z drugiej strony to nasze zaczynanie od nowa przecież nie oznacza startu od zera. Nasza przeszłość nie znika, ale staje się ważnym budulcem naszej tożsamości i uczy coraz mądrzej wybierać. Jeśli tylko jest w naszym sercu pragnienie dobra, to nawet jeśli wydaje nam się, że kręcimy się w kółko, to ostatecznie jest to zawsze spirala, która przybliża nas do Boga. Czasem warto spojrzeć wstecz i docenić jak długą drogę każdy z nas przebył, by znaleźć się tu gdzie jesteśmy. Pięknie opisuje tę rzeczywistość Charlie Mackesy w ilustrowanej książce o tytule „Chłopiec, kret, lis i koń”. Sama dostałam ją w oryginale od bliskiej osoby z UK w ekstremalnie trudnym dla mnie czasie i pomogła mi zobaczyć, że trudności czy grzechy są do pokonania, a im trudniej, tym większe zwycięstwo.

    W ostatnich tygodniach wojna przypomniała nam, że życie jest kruche. Gromadzone skrzętnie dobra materialne, bliskie osoby, kariera, zdrowie… wszystko to z dnia na dzień może bezpowrotnie znaleźć się pod jakimiś gruzami, a my zostaniemy z pustymi rękoma. Nie chodzi jednak o to, żeby żyć w lęku przed utratą tego co mamy, ale wręcz przeciwnie, by każdego dnia patrzeć z wdzięcznością na tak wiele drobiazgów, które znowu zostały nam dane, a przecież wcale nie musiały. Warto się zastanowić na ile dzisiaj zainwestowaliśmy w to co wieczne i metafizyczne, w to czego nikt i nic nie może nam odebrać,  czego „ani mól, ani rdza nie zniszczą”. Jak mówi moja ulubiona modlitwa: „Panie, daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę, albowiem to mi wystarczy.”